Do dnia dzisiejszego byłam przekonana, że pozytywny i optymistyczny znaczą dokładnie to samo.
Kiedy życie dało mi w kość – o tym niebawem – na jakiś czas obraziłam się na „pozytywny życiowy wajb” i słowa, że „będzie dobrze”. Tak naprawdę może być różnie, a raczej będzie tak, jak najmniej się tego spodziewam.
Mimo, mojego focha w stosunku do życia, coś nie dawało mi spokoju. Mianowicie to, że pomimo burz i zawieruch, ja za każdym razem się podnoszę, potrafię się śmiać, otrzeć łzy i iść dalej, walczyć, nie poddawać się. Więc dlaczego „dając ciągle radę” mam uczulenie na słowa „będzie dobrze”, skoro tak to rozpracowuję, że pomimo (moich) trudności wychodzę na (swoją) prostą i ostatecznie jest dobrze?
Dziś znalazłam odpowiedź.
Okazuje się bowiem, że z punktu widzenia psychologii 'pozytywny’ i 'optymistyczny’ NIE oznaczają tego samego.
Osoba pozytywna skupia się na dobrych stronach danej sytuacji czy zdarzenia, szuka rozwiązań, sposobów i reaguje na to, co dzieje się tu i teraz. Wedle zasady „coś wymyślę” lub „znajdę sposób”, cokolwiek mnie spotka dam sobie radę. Jest elastyczna.
Osoba optymistyczna zaś oczekuje tylko pozytywnych rezultatów. Wierzy, że jej działania przyniosą sukces, a los jej sprzyja. Można by pomyśleć, „co w tym złego”? Nasuwają mi się jednak pytania: Co jeśli tych pozytywnych rezultatów nie będzie? Co jeśli pojawią się sytuacje na które nie mamy wpływu i pokrzyżują plany? Co jeśli wyskoczy coś niespodziewanego? No wtedy będzie „klops”, poczucie utraty kontroli, związanych rąk, frustracji. Mogą wystąpić też pretensje do świata: „przecież ja się tak starałam”.
Wierz mi, że stan optymistycznych różowych okularów jest mi bardzo bliski, przez lata byłam jego orędowniczką ;-). Jednak im jestem starsza i bardziej doświadczona, wiem, że takie podejście, nie wyposaża w super narzędzie jakim jest REZYLIENCJA.
Rezyliencja to nic innego jak umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu i szybkiego powrotu do „siebie” po trudnych doświadczeniach.
Jak więc weszłam na pozytywną ścieżkę? Prawda jest taka, że nie miałam w tym temacie za dużo do gadania. Nie mogłam odmówić życiu, które postawiło przede mną naprawdę trudne zadania/wyzwania. Jednym słowem nie miałam wyjścia: wyprowadzka, przeprowadzka, rozwód, przejęcie większej części opieki nad Jasiem, problemy finansowe, diagnoza Jasia i coś co spadło na mnie jak grom z jasnego nieba – choroba Miłości mojego życia…
Jedynym wyjściem było STAWIĆ TEMU CZOŁA. Innej opcji nie brałam pod uwagę.
Małymi krokami, każdego dnia stawiałam się do życia. Podejmowałam rękawicę. A w głowie huczało pytanie: co jeszcze mnie spotka….?
Nauczyłam się żyć z różnymi emocjami, które jak się okazało nie zabijają. Nauczyłam się płakać, smucić i mówić o złości. Czasem też walić w poduszkę.
I wiesz co? Nauczyłam się też na nowo śmiać ;-). Słuchać ludzi i ich historii. Doceniać te chwile szczęścia, kiedy mogę trzymać P. za rękę, kiedy jest obok i poza tym nie liczy się zupełnie nic. Momenty, kiedy promienie słońca lądują na mojej twarzy, a Jasio przychodzi z pytaniem: „Mamo jak Ty to robisz, że ciągle Ci się chce?”.
Jak to robię?
Wierzę….
Wiem, że BEDZIE DOBRZE 😉 i za chwilę, będziemy się z tego śmiać.

